Triest, niepokojące miasto wypełnione słodką melancholią. Wyrwane z czasu, gdzieś na zagięciu mapy, gdzieś na styku przeciwstawnych sobie światów. Miasto, które kusi.
Jan Morris w Trieście zakochała się już w latach 40-tych ubiegłego wieku. Wracała tam wielokrotnie, wabiona swoistą niezależnością i niepowtarzalnym psychologicznym obliczem miasta. Miasta, którego jakby nie było. Miasta, które wciąż zdaje się spać kołysane falami Adriatyku. Owocem tego uczucia jest książka „Triest, czyli nigdzie”, wspaniała wędrówka poprzez przestrzeń, w której zanurzali się Italo Svevo czy James Joyce, i czas, którym starali się zawładnąć wszyscy: Austriacy, Jugosłowianie czy Włosi. Z wielką rozkoszą dałem się uwieść i poprowadzić za rękę. Was zachęcam do tego samego.
Kilka lat temu schroniliśmy się w Trieście uciekając przed burzą. Teraz mogłem cofnąć się w czasie, dzięki książce Jan Morris. Polecam!

